Napisz do nas

TechPolska.pl

Znajdziesz nas

Facebook, Instagram, LinkedIn czy Twitter to prawdziwe kuźnie informacji na nasz temat. Czasem nie zdajemy sobie jednak sprawy z tego, jakie zagrożenia się z tym wiążą…

Dostęp w zamian za własność

Wiele z internetowych usług i narzędzi funkcjonuje na zasadzie tak zwanego darmowego dostępu. Paliwem dla ich działalności często stają się dane generowane przez samych użytkowników. To one napędzają chociażby funkcję „pokaż natężenie ruchu” w Mapach Google czy wypełnione informacjami tablice na Facebooku.

Biblioteka danych należących do tego największego na świecie serwisu społecznościowego jest o tyle ogromna, że obejmuje również Instagram oraz komunikatory Messenger i WhatsApp. W tej „niebieskiej skrzynce” nie znajdziemy co prawda treści, których sami do niej nie wrzuciliśmy. Czy aby na pewno jesteśmy jednak w pełni świadomi wszystkich tych udostępnionych danych oraz tego do czego mogą one posłużyć?

Co kryje się między danymi?

Wszystkie nasze fejsbukowe aktywności prześledzimy oczywiście w „dzienniku”, dostępnym z poziomu profilu użytkownika. Znajdziemy w nim głównie nasze ostatnie polubienia i reakcje, komentarze, wstawione posty, zdjęcia oraz filmy.

facebook zarządzanie danymi

Wszystkie, bardziej szczegółowe dane, przechowywane są natomiast w zakładce „twoje informacje na Facebooku”. W miejscu tym możemy je przeglądać lub wyeksportować do zbiorczego pliku. Taka paczka, w zależności od liczby zdjęć i filmów na profilu, może zająć nawet kilka gigabajtów przestrzeni dyskowej (!).

Wśród zgromadzonych przez Facebooka danych, oprócz tych wspomnianych wcześniej i najbardziej oczywistych, znajdują się między innymi nasze: listy znajomych, obserwowane wydarzenia, odwiedzone miejsca i strony, historie płatności, organizacje i firmy, których treści wyświetlaliśmy, grupy do których należymy, informacje z sekcji „Informacje Twojego profilu” (czyli np. wiek, płeć, adres, telefon, e-mail), zapisane posty, aplikacje i witryny, do których logujemy się przy użyciu Facebooka, urządzenia i miejsca, w których się logowaliśmy, lista numerów telefonicznych naszych znajomych, nasze kliknięcia w reklamy i wiadomości z Messengera.

fb kopia danych

Dostęp do wymienionych wyżej informacji może pozwolić na ustalenie kolejnych faktów na temat użytkownika, którymi nie podzielił się wprost na swoim profilu. Mogą to być np. jego sympatie polityczne lub miejsce zamieszkania. Aby przekonać się o prawdziwym potencjale tych danych, wystarczy skorzystać zresztą z opracowanego przez Facebooka narzędzia „Statystyki Grup Odbiorców”. Wskaże nam ono zainteresowania użytkowników z danej grupy demograficznej lub np. dominujący wśród nich poziom wykształcenia.

Dane są jak ropa XXI wieku, ale nie daj im popłynąć

Byłoby naprawdę miło, gdyby gromadzenie i eksploracja tych gigantycznych zbiorów danych (Data Mining oraz Big Data) służyły wyłącznie do poprawy jakości naszej komunikacji ze światem i znajomymi. Współczesna pogoń reklamodawców za uwagą konsumentów sprawia jednak, że te same dane oraz metody ich analizy, stają się kołem na młyn spersonalizowanego marketingu i prawdziwą ropą naftową XXI wieku.

Nic więc dziwnego, że media społecznościowe chętnie oferują swoim klientom przestrzeń reklamową, ale przede wszystkim, kuszą ich skuteczną metodę dotarcia do grup docelowych. Otrzymując dostęp do serwisu społecznościowego, tak naprawdę płacimy więc za niego zarówno naszą uwagą (którą poświęcamy na przeglądanie reklam), jak również naszymi danymi, które sprawiają, że reklamy, przynajmniej w teorii, są do nas lepiej dopasowane.

Co ważne, Facebook wykorzystuje w tym celu informacje o działaniach, które użytkownik podejmował również w innych, „zaprzyjaźnionych” z nim serwisach. W wyniku tego może zdarzyć się, że oglądany w sklepie internetowym odkurzacz, będzie uporczywie ścigał nas jako reklama na Facebooku lub Instagramie. W ustawieniach serwisu możemy jednak sprawdzić, które witryny przekazują Facebookowi informacje na nasz temat oraz ukrócić ten proceder stosowną opcją.

„We run ads” a prywatność w chmurze

W trakcie przesłuchania w kongresie USA, Mark Zuckerberg został zapytany o model biznesowy Facebooka. Nieco zaskoczony, odpowiedział z wyraźnym rozbawieniem: Wyświetlamy reklamy, senatorze. Najwyraźniej chciał pokazać tą reakcją, że jest to dla wszystkich oczywiste.

Problem polega jednak na tym, że jak zdążyliśmy już ustalić, ten „model biznesowy” nie jest wcale tak „dziecinnie prosty” jak udzielona odpowiedź. W dużej mierze opiera się na gromadzeniu i przetwarzaniu danych użytkowników i to m.in. w związku z tym Zuckerberg trafił przed oblicze szacownej komisji. Z drugiej strony, akceptując regulamin Facebooka zgadzamy się na wykorzystanie naszych danych w celach marketingowych, a w zamian usługa pozostaje w pełni darmowa.

Sprawy mają się jednak inaczej, kiedy przechowywane przez Facebooka dane trafiają w niepowołane ręce. Głównym powodem wspomnianego przesłuchania było przecież właśnie takie zdarzenie, a konkretnie – wyłudzenie personaliów od około 50 milionów użytkowników Facebooka. Korzystali oni z dostępnej na portalu aplikacji zewnętrznej firmy, która prosiła ich o dostęp do informacji na temat siebie i znajomych, rzekomo w celach naukowych. W rzeczywistości wszystkie przekazane dane trafiały do zewnętrznej firmy Cambridge Analitica, która wykorzystała je do segmentacji odbiorców reklam m.in. w trakcie kampanii wyborczej w USA w 2015 roku.

Wieści o podobnych aferach związanych z wyciekami danych z serwisów społecznościowych docierają do nas co jakiś czas i nie powstrzymało ich nawet RODO. Tylko w ciągu ostatnich tygodni dowiedzieliśmy się o popularnej aplikacji do wideokonferencji online, która narażała prywatność niektórych użytkowników korzystających z portalu LinkedIn.

W podobnych procederach nie chodzi już nawet o sam fakt wykorzystania naszych, stosunkowo niewrażliwych danych np. do nakierowania reklam, ale sposób w jaki to się odbywa. W każdym z tych przypadków użytkownicy byli bowiem manipulowani i nieświadomi tego, że ktoś niepożądany, bez ich zgody, otrzymał czy też wykradł ich informacje na ich temat.

Dlatego też, zanim następnym razem przyznamy jakiejś aplikacji lub witrynie dostęp do naszego profilu społecznościowego, powinniśmy zwrócić uwagę na typ danych wymaganych do logowania oraz cel ich przetwarzania. Nie uchroni nas to przed zupełnie nieuczciwymi działaniami, ale pozwoli przynajmniej częściowo kontrolować nasze personalia.

Prywatność naszych danych może zostać narażona również w wyniku niefrasobliwego zarządzania nimi przez administratora serwisu. Według magazynu Bloomberg, Facebook testując automatyczne transkrypcje notatek głosowych w Messengerze, zlecał weryfikację ich zgodności z oryginalnym nagraniem… ludzkim pracownikom.

Wielki brat patrzy?

Do tej pory mówiliśmy o zakulisowym wykorzystaniu naszych danych na szeroką skalę w marketingu (legalnym oraz tym nieuprawnionym). Tworząc cyfrowy obraz siebie, na Instagramie czy Facebooku, powinniśmy myśleć jednak również o tym, kto jeszcze i w jakim celu, może śledzić nasze kanały w mediach. Ogólnodostępne informacje mogą zawarzyć bowiem chociażby na naszej karierze zawodowej, finansach lub sprawach urzędowych.

Kandydat do pracy w nowoczesnej firmie powinien spodziewać się wirtualnych odwiedzin działu HR. Przeglądnie on nasze profile na LinkedIn, GoldenLine czy Facebooku pod kątem wcześniejszych doświadczeń zawodowych i medialnego wizerunku. Niektóre z udokumentowanych zachowań, poglądy polityczne lub imprezowy styl życia, mogą okazać się dyskwalifikujące dla potencjalnego pracodawcy.

W podobny sposób, nasze profile społecznościowe mogą stać się obiektem zainteresowania dla instytucji i urzędów publicznych. Na przykład w przypadku próby uzyskania zasiłku chorobowego z ZUS w trakcie przebywania na zwolnieniu lekarskim.

Nie chodzi tu nawet o zwykłe oszustwo, kiedy mimo zgłoszonej choroby, spędzamy czas na siłowni, chwaląc się tym na Instagram Story. Czasem aktywność w mediach społecznościowych może posłużyć urzędowi jako dowód w sporze np. o odrzucenie odszkodowania, nawet jeśli rzeczywiście się nam ono należało. Kiedy indziej zdjęcia na Facebooku utrudnią nasze kontakty z bankiem w związku z oceną zdolności kredytowej. Naszą wiarygodność na podobnej podstawie zweryfikują także urząd skarbowy, prokuratura czy komornik.

Dane na kredyt

Potencjalne kradzieże tożsamości zdarzają się stosunkowo rzadko. Jeśli jednak w sieci czy w mediach społecznościowych niefrasobliwie dzielimy się np. numerem PESEL, czy zdjęciem nowej karty płatniczej, możemy spodziewać się uszczerbków na koncie bankowym lub niechcianych kredytów w rejestrze.

W skrajnych przypadkach nawet podstawowe dane osobowe takie jak imię i nazwisko, data urodzenia i miejsce zamieszkania mogą posłużyć oszustom do drobnych wyłudzeń. Może zdarzyć się również, że przestępca będzie chciał uzyskać dostęp do naszych mediów społecznościowych, podszywając się pod instytucję, by później nas szantażować. Kiedy indziej, oszust może próbować wyłudzać pieniądze od znajomych z już skradzionego przez siebie profilu.

Pozostawienie zbyt wielu danych w sieci zwiększa także skuteczność zwykłego stalkingu, na wypadek, gdybyśmy mieli stać się jego ofiarami. Gorzej, jeśli osoba śledząca nas poprzez sieć, zdecyduje się na napaść lub kradzież.

Również w Polsce zdarzały się przypadki, w których złodzieje, właśnie na podstawie danych z Facebooka, określali adresy domowe rodzin wybierających się na wakacyjny urlop. Być może nawet bardziej niebezpieczne w tej materii pozostają serwisy takie jak Twitter, Instagram czy TikTok, które domyślnie pozwalają na asymetryczną obserwacje użytkowników, bez dodawania ich do grona znajomych.

Na szczęście nad wszystkimi dostępnymi w profilu danymi mamy jako taką kontrolę. Oznacza to, że możemy regulować to, co inni znajomi i nieznajomi mogą zobaczyć na nasz temat. Przykładowo Facebook, za pomocą funkcji „wyświetl jako” (w rozwijanym menu obok dziennika aktywności), pozwala nam zobaczyć własny profil z perspektywy zwykłego użytkownika, którego nie mamy w znajomych.

facebook ustawienia prywatności

Ustawienia prywatności i wyświetlania postów (np. zdjęć z naszym udziałem) zmienimy z kolei w dedykowanej temu tematowi zakładce w menu. Również na Instagramie, Twitterze czy LinkedIn, możemy włączyć na profilu tryb prywatny, dzięki czemu nasze aktywności będą widoczne wyłącznie dla zaakceptowanych obserwatorów.

Historia twojego życia

W popularnym serialu sci-fi pod tytułem Westworld, korporacja Delos, zarządzająca nowoczesnym parkiem rozrywki, po kryjomu zbierała dane na temat swoich klientów, tworząc skomplikowane wzory ich osobowości. Wydaje się, że to doskonała metafora współczesnych serwisów i usług internetowych, w tym social mediów.

W obliczu opisanych wcześniej kontrowersji, założyciel Wikipedii, Jimmy Wales założył nawet własny, pozbawiony reklam serwis społecznościowy WT.Social. Jeśli zdecydujemy się jednak na dalszy „związek” z Facebookiem, Instagramem, Twitterem czy Tik Tokiem powinniśmy mieć na uwadze, że gdzieś tam, w Internecie, zapisywana jest historia naszego życia. Korzystanie z mediów społecznościowych bazuje natomiast na pewnym zaufaniu do ich zabezpieczeń i intencji właścicieli. Byleby tylko to zaufanie nigdy nie przeradzało się w beztroskę.

Artykuł powstał we współpracy z portalem MobileTrends.pl.

Share:

administrator

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.